http://www.titanic.prv.pl Katastrofa statku
Katastrofa liniowca
Bocianie gniazdo Titanica

Ocean był spokojny...

Jest godzina 23:40, w bocianim gnieździe zawieszonym 20 metrów nad pokładem, marynarze Frederick Fleet i Reginald Lee dostrzegają przed dziobem czarna masę oddaloną około 400-450 metrów. Góra lodowa wydaje się niewielka, lecz szybko ogromnieje. Fleet trzy krotnie uderza w dzwon alarmowy. "Góra lodowa na wprost!!" - wrzeszczy w słuchawkę telefonu. Pierwszy oficer William Murdoch nakazuje dać ster ostro na bak burtę, a do maszynowni

 
  krzyczy: "Cała wstecz!!". Titanic zbliża się do góry lodowej z prędkością sprintera - 11,5 metra na sekundę. Dziób stalowego kolosa o wiele za wolno odchyla się od kursu i wreszcie następuje zderzenie. Setki kawałów lodu spadają na przedni pokład na czwartym piętrze statku.

Zagrożenie ze strony gór lodowych istnieje cały czas. Mówi kapitan Marian Kula z Gdyni: "Z górami lodowymi to nie jest taka łatwa sprawa, najgroźniejsze dla żeglarzy żeglujących na wodach światowych, oceanach są tzw. na wpół zatopione odłamki z gór lodowych tzw. gloulery. Są one na wpól zatopione i często nie widoczne. W nocy jest za duże niebezpieczeństwo zderzenia się z takimi gloulerami. Podstawowym błędem było niedopatrzenie nawigatora i moim zdaniem zlekceważenie ostrzeżeń Carpathii, które na swojej trasie zauważyły góry lodowe i przekazywały ostrzeżenia do Titanica". Niestety pomimo tego, że Titanic był wielkim statkiem bardzo szybkim, mógł rozwinąć prędkość 41 km/h, miał moc aż 46 tys. koni mechanicznych, ale był bardzo mało zwrotny i wiedząc o tym, kapitan zapomniał wyposażyć marynarzy w bocianim gnieździe chociażby w lornetki.

Kawałki lodu spadają na pokład. Okazuje się, że pasażerowie w ogóle beztrosko zaczynają bawić się kawałkami lodu, na pokładzie są jakieś gry, ktoś używa tego lodu do oziębienia łyski, nikt nie przypuszcza, że Titanic może zatonąć jest to przecież statek niezatapialny. Jest 14 kwietnia 1912 godzina 23:42, to 2 minuty po katastrofie, nikt nic nie przypuszcza i prawie nikt jej nie słyszy.

"Zamknąć grodzie!!"

W momencie zderzenia jedynie palacze w najbardziej wysuniętej ku dziobowi kotłowni usłyszeli piekielny hałas, a zielonkawa spieniona i lodowata woda Atlantyku zaczęła zalewać ich grubymi strugami. Jednak na górnym pokładzie pierwszej klasy tylko leciutko drżą szkła, jakby anioł przeszedł przez salon. Czterej stewardzi, samotnie spożywający późną kolację w jadalni pierwszej klasy ze zdziwieniem stwierdzają, że oto brzęczą przygotowane już do śniadania srebrne sztućce. Na mostek wpada zaalarmowany wstrząsem kapitan Edward J. Smith. "Zamknąć grodzie!" - woła, już wykonane - odpowiada pierwszy oficer.

Na Titanicu zapada grobowa cisza. Kapitan i konstruktor statku spróbują sprawdzić jak duże są uszkodzenia statku. Kapitan Smith schodzi na sam dół liniowca w towarzystwie Tomasa Andrewsa, dyrektora technicznego stoczni Harland and Wolff w Belfaście, w której zbudowano ten największy na świecie statek. Wracają 3 minuty po północy i Andrews wypowiada wyrok śmierci: "Titanic musi pójść na dno". Wyrwy w kadłubie ciągną się na długości 6 na ogółem 16 przedziałów wodoszczelnych, a statek może wytrzymać zalanie co najwyżej czterech. "Przecież nie może tak po prostu zatonąć?!" - pyta zrozpaczony kapitan. "Pozostało nam najwyżej półtorej godziny" - odpowiada zimno konstruktor.

S.O.S !!

W godzinę po zderzeniu z górą lodową marynarze biorą się do klarowania szalup, marynarzy jest jednak zbyt mało i przybyli zbyt późno, nie działają też sprawnie, pochodzą z różnych jednostek, nie stanowią zespołu, a czas nagli. Jest 45 minut po północy już 15 kwietnia, pierwsze sygnały od Titanica idą w świat, że jest bardzo nie dobrze.

 
Sygnały ratunkowe

W niebo wzlatuje pierwsza rakieta, rozświetla przedni pokład i mnóstwo pobladłych twarzy. Teraz już wszyscy zrozumieli, że śmierć jest blisko. Rakiety mają zwrócić uwagę Californiana, którego światła pozycyjne widać z Titanica. Oficer wachtowy Californiana rzeczywiście dostrzega rakiety, jednak nie domyśla się co one mogą oznaczać.

  Zaalarmowany kapitan Stanley Lord nie wpada na pomysł, aby uruchomić maszyny i włączyć radiostację. Woli spać snem sprawiedliwego. Tak właśnie zaprzepaszczona została ostatnia szansa uratowania ludzi z tonącego Titanica. Na próżno drugi oficer śmiertelnie rannego giganta Charls Lightoller wścieka się: "Dałbym wszystko za piętnasto centymetrowe działo i kilka granatów, aby obudzić tych facetów".

Na pokładzie Titanica jest ponad 2200 osób, niestety miejsc w szalupach jest tylko dla połowy z nich. Pół godziny po samej katastrofie już spuszczane są pierwsze szalupy, ale ludzie w ogóle nie chcą do nich wchodzić, nikt nie wierzy, że Titanic zatonie. Ktoś mówi: "Słuchajcie Titanic jest niezatapialną szalupą, nie ma sensu wchodzić woda jest przecież bardzo zimna". Na dworze jest zimno, nikt nie chce wychodzić na pokład. O godzinie 0:15, orkiestra przenosi się z salonu na pokład, aby zachęcić ludzi do wyjścia, do wsiadania do szalup. Zaczyna grać i będzie grała tam na pokładzie do końca, do ostatnich minut statku. O godzinie 0:45, zostaje spuszczona pierwsza szalupa, w której znajduje się zaledwie 28 osób, choć szalupa może pomieścić 70 osób. Zaś godzinę później ok. 1:30 zaczyna pojawiać się pierwsza panika wśród pasażerów. Stewardzi zostają wyposażeni w broń, dlatego że niektórzy na siłę próbują dostać się do szalup, ale pierwsze są kobiety i dzieci. Niektórzy dżentelmeni przebierają się w fraki, chcąc godnie umrzeć, jak sami mówią. Na statku mają miejsce rozdzierające sceny.

Historia małżeństa Astorów - multi milionerów ze Stanów Zjednoczonych

Państwo Astorowie w końcu zrozumieli, że Titanic pójdzie na dno i rozpoczęli poszukiwanie szalupy. Znaleźli w końcu jedną na sterburcie, tam gdzie dowodził drugi oficer Lightoller. Przepuszczający tylko kobiety. Jacob Astor pomógł wejść swojej żonie do łodzi i uprzejmie zapytał się, czy wolno mu towarzyszyć małżonce, gdyż jest ona w odmiennym stanie. "Nie sir" - odparł szorstko Lightoller. Żadnych mężczyzn, dopóki są tu jeszcze kobiety, a przecież w lodzi jest jeszcze dużo wolnych miejsc. Oficer najwidoczniej nie zdawał sobie sprawy, że w tym momencie wydał wyrok śmierci na najbogatszego człowieka Ameryki. Pułkownik Astor nie próbuje wejść do szalupy, wola tylko do żony: "Goodbye!! Dopłynę do ciebie następną łodzią".

To już koniec...

Sytuacja jest coraz bardziej dramatyczna, w niespełna dwie godziny po kolizji z górą lodową, przechylenie Titanica jest coraz większe. Co robi kapitan i główny konstruktor statku? Światła statku czerwienieją i migocą, kapitan Smith ostatni raz zagląda do radiotelegrafistów: "Spełniliście swój obowiązek, a teraz ratuj się kto może" - nakazuje. Kapitan udaje się na mostek, od tej pory nikt go już nie widział. Thomas Andrews, konstruktor statku stoi z założonymi rękami w salonie palarni. Jego kamizelka ratunkowa leży niedbale przerzucona przez stół. Andrews chce zginąć razem ze swoim statkiem.

"Wesprzyj nas Panie w tych przepotężnych odmętach"

Kadłub Titanica zaczyna dygotać, ksiądz zaczyna odprawiać mszę, gdzieś tam ktoś mu się spowiada, głośno są odmawiane pacierze, okazuje się że cały czas gra orkiestra według światków gra chorał episkopalny, w którym jedno z błagań o boskie miłosierdzie brzmi: "Wesprzyj nas Panie w tych przepotężnych odmętach".

 

Titanic przełamuje się na dwie części
W dwie godziny i 40 minut po kolizji, tylna cześć statku odchyla się od pionu i statek przełamuje się na dwie części pod kątem ok. 70 stopni. Wiele przedmiotów wypada z zewnątrz. Niektóre z nich są bardzo ciężkie np. sejf, a niektóre całkiem lekkie jak: krzesła pokładowe, buty. Stalowy 'sarkofag' z rosnącą szybkością

  zapada w morską toń. Rufa podskakuje jeszcze jak korek, po czym po prostu zsuwa się w otchłań oceanu. Ostatni ludzie spadają i uderzają z hukiem o powierzchnię wody, albo zostają zmieceni z pokładu, gdy Atlantyk w zadziwiającej ciszy połyka swoją ofiarę. Nie ma ani śladu wirów czy kipieli, pozostaje tylko chmura dymu lub mgły w kształcie grzyba. Statek idzie na dno w całkowitej ciszy. Na powierzchni przez 2 minuty panuje osobliwe milczenie. Jak opowiadali później naoczni świadkowie ocean był tej nocy zupełnie spokojny, panowała absolutna gładzia jak lustro, nie ma niczego, nie ma żadnego odgłosu, jest cisza. Nagle z gardeł setek ludzi, którzy jeszcze żywi pływają w wodzie, wydziera się wielki okrzyk rozpaczy.

Nie dano im możliwości ratowania się...

Statek do końca był oświetlony, przypłaciło to życiem parunastu marynarzy, którzy siedzieli w pokładowej elektrowni i trzymali światła ażeby nie wybuchła dodatkowa panika, gdyby zgasło światło. Najgorszy los spotkał około 500 pasażerów, uwięzionych gdzieś wewnątrz statku. Według świadków tej katastrofy, podobno był taki dramatyczny moment, kiedy marynarze zdecydowali się zamknąć cały pokład dla klasy trzeciej, aby uniknąć zbyt dużej ilości ludzi na pokładzie zewnętrznym. Zdawano sobie sprawę, iż wypuszczenie tych ludzi nic nie zmieni ponieważ już na pokładzie spuszczano ostatnie szalupy i nie było w nich wolnych miejsc.

 
Na powierzchni pływają szalupy, puste do połowy i ok. 500 ludzi w wodzie. Woda ma 4 stopnie, ze względu na bardzo bliskie położenie pól lodowych. Jest straszliwy krzyk, ani jedna szalupa nie podpływa. Wszystkie stoją w odległości ok. 200 metrów od rozbitków. Tylko dwie szalupy pospieszyły na ratunek nieszczęśnikom - łódź nr 4 wyłowiła 6 lub 7 palaczy i stewardów, dwaj umierają na łodzi,
  a jeden jest tak pijany, że kilka rezolutnych niewiast musi na nim usiąść, aby go obezwładnić.

 

Oficer Lowe
Łodzi nr 14 oficer Lowe i czterej ochotnicy ostrożnie podpływają do kłębowiska ginących ludzi, przesadziwszy wcześniej pozostałych pasażerów na inne łodzie. Lowe zatrzymuje szalupę jakieś 150 metrów od umierających i odczekuje godzinę, aż rozbitkowie osłabną, bo przecież mogą przewrócić szalupę. Wielu, których chciano wyłowić z wody już nie żyło. Udało się wyłowić zaledwie 4 ludzi, z których jeden brocząc krwią z nosa i ust umiera.

 
Ludzie konają w lodowatej wodzie, umierają na hipotermię (z wyziębienia), najsilniejsi podobno wytrzymali ponad godzinę. Na kilku łodziach trwała dyskusja, podpływać czy nie podpływać, ratować czy nie ratować. Obawiano się, że kiedy się podpłynie do tych umierających z zimna, oni wywrócą łodzie, podejmowane są decyzje ażeby jednak nie płynąć. Na jednej z lodzi podejmuje się wręcz śpiewanie religijnych pieśni, aby zagłuszyć potworne wycie, konających z zimna ludzi.

Poprzednia strona Wstecz Skok na początek strony Dalej Następna strona



Strona główna
White Star Line
Stocznia w Belfaście
R.M.S Titanic
Specyfikacja statków
Dane techniczne
Pasażerowie
Przebieg rejsu
Katastrofa Titanica
Przybycie Carpathii
Geneza katastrofy
Lista pasażerów
Zdjęcia
Violet Jessop
Odnalezienie wraku
Ekspedycje naukowe
Titanic na ekranie
F.A.Q
Videos

S  i  t  e     i  n  f  o
 
O stronie
Autor strony
Napisz do mnie
Ciekawe strony

 
Copyright © 2001 - 2004 by OGre. All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.